„Zakazane linki” czyli ariergarda Internetu :)

Być może za sprawą tej pani Internet ostatecznie pożegnał się kilka tygodni temu ze swoimi anarchizującymi korzeniami i przeszedł pod całkowitą kontrolę wielkiego kapitału. Może odrobinę przejaskrawiam, ale wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE ) z 8 września, dotknie nie tylko profesjonalnych wydawców, ale także właścicieli hobbistycznych witryn.

Od teraz, umieszczając w serwisie linka do zewnętrznego źródła, powinniśmy się liczyć z wizytą listonosza z pozwem z sądu. Brzmi to z pozoru kuriozalnie, bo przecież „od zawsze” linkowanie było dozwolone, a odpowiedzialność za nielegalne treści ponosił administrator źródła – linkowanego serwisu. Ale to się właśnie zmienia. Nie wystarczy już bronić się argumentem „my nie udostępniamy, my tylko linkujemy, ścigajcie źródło”.

W skrócie: wydawca holenderskiego Playboya pozwał wydawcę serwisu GeenStijl za umieszczenie deep linków do zdjęć pani Britt Dekker z sesji w Playboyu. Linki prowadziły do zdjęć z „nielegalnego” źródła – tj. z australijskiego serwisu, który opublikował je bez zgody Playboya.

TSUE stwierdził, że wydawca narusza prawa autorskie, jeżeli wstawia deep linki odsyłające do „pirackiego” serwisu. Wedle sędziów już samo zamieszczenie takiego deep linka jest „publicznym udostępnieniem” i w konsekwencji prowadzi do naruszenia prawa autorskiego.

I tu pierwszy zgrzyt: z jakiej racji linkowanie ma być „publicznym udostępnianiem”? Przecież udostępnia ten, który zdjęcie umieszcza w sieci. No bo skoro – za sędziami – przyjąć, że serwis linkujący także jest „udostępniaczem”, to należałoby zamknąć cały Internet, który przecież ze swej istoty jest systemem naczyń połączonych – link do linka, strona do stronyJ

Ale to nie wszystko. Wyrok TSUE wprowadził dość specyficzne domniemanie, że profesjonalny wydawca, który umieszcza deep linki w celach zarobkowych, z założenia powinien wiedzieć i liczyć się z tym, że linkując prowadzi do nielegalnego źródła: „gdy umieszczenie hiperłącza zostaje dokonane w celu zarobkowym można oczekiwać od podmiotu dokonującego takiego umieszczenia, że prowadzi on niezbędne weryfikacje, aby upewnić się, że dany utwór nie został opublikowany bezprawnie”

W konsekwencji to wydawca musi się gimnastykować aby obalić to kuriozalne domniemanie i udowodnić, że nie miał możliwości ustalenia, iż link prowadzi do treści zakazanych. W praktyce to z reguły daremny trud.

Wyrok TSUE jest zaskakujący także dlatego, że podważa wcześniejsze, dość korzystne dla wydawców orzeczenia /sprawa Svensson, sprawa BestWater/, w których ten sam sąd uznawał (w skrócie), że linki i embedy nie są „publicznym udostępnianiem”, ponieważ nie poszerzają grona odbiorców – userów, którzy przecież już wcześniej mogli się z materiałem zapoznać u źródła.

Żeby było jeszcze ciekawiej dodam, że nie tylko profesjonalni wydawcy mogą być tym wyrokiem gnębieni. Amatorzy również. Pomimo, że wobec nich nie stosuje się „domniemania bezprawności”, to jednak jeśli właściciel praw autorskich zapuka do amatora, to także on będzie musiał linka skasować – zgodnie z mechanizmem notice and takedown. Co gorsza, jeśli właściciel udowodni, że amator doskonale zdawał sobie sprawę, że linkowane źródło jest „pirackie”, to nawet brak tego „profesjonalnego” domniemania go nie obroni.

Jednym słowem: jeśli ktoś tej zasady szybko nie obali w sądzie, to możemy powoli zacząć likwidować linki.

W ten oto sposób Internet zgasił światło za L. Lessigiem („Wolna kultura”) i w całości wpadł w ramiona menażera od Myszki Mickey:)

Tomasz Ejtminowicz

14440856_1263412493689217_5010555890371543610_n